Najpierw w mojej głowie czułam, widziałam pustkę. Następnie
tylko ból. Ból głowy potem ból nad biodrami... Chciałam się ruszyć, ale
kompletnie zapomniałam, jak mam użyć swoich kończyn. Po kilku próbach udało mi
się jedynie otworzyć oczy. Biel ściany, na którą patrzyłam raził mnie w oczy.
Zmrużyłam je i rozejrzałam się dookoła, okazało się, że leżę w łóżku
szpitalnym. Obok stała niska biała poobdzierana szafka, typowa szpitalna szafka
z trzema szufladkami, na samej górze stała butelka wody mineralnej. Na sali
leżałam chyba sama. Nie była duża. Obok mojego stało tylko jedno łóżko, nie
było raczej przez nikogo zajęte, nie widziałam czy karta pacjenta jest
wypełniona, ale łóżko było schludnie zaścielone. Spojrzałam w drugą stronę i od
razu zaczęłam mrużyć oczy, było tam bowiem wielkie okno, a na zewnątrz świeciło
słońce. Musiało być południe... nawet nie wiem czemu, ale uśmiechnęłam się co
wywołało zawrót głowy i kolejną falę bólu. Wtedy przypomniało mi się co stało
się wczoraj, wczoraj...?
Hmm... ciekawe ile tu leżę. Oh! Co z tym chłopakiem...? Pewnie zadzwonił po
karetkę i uciekł idiota! Ale dobrze, że przynajmniej pogotowie powiadomił... a
może nie powiadomił?! Może zostawił mnie na drodze, a ktoś mnie znalazł i
zawiózł mnie tu... Aah! Za dużo myśli... Jęknęłam. Wsparłam się na łokciach i posunęłam
na oparcie łóżka, z zamkniętymi z bólu oczami... złapałam dłońmi głowę. Wtedy
usłyszałam ten głos, po którym ciarki przeszły moje ciało, a ból głowy na
chwile gdzieś zniknął:
-Bardzo boli? Może chcesz jakieś tabletki? Wodę? - Odwróciłam głowę w stronę, z której dobiegał głos. I wtedy go zobaczyłam, tego chłopaka, który wczoraj mnie uratował... Uśmiechnęłam się, ale zaraz przypomniałam sobie, że to przecież on mnie potrącił! Że gdyby nie on, nikt nie musiałby mnie ratować...!!
-Tak! Boli mnie głowa! Kurwa mać, jak mogłoby mnie nie boleć?! Potrąciłeś mnie! - próbował mi przerwać, ale ja nie dałam mu dojść do słowa, bo kontynuowałam - Boli mnie głowa i brzuch! To znaczy plecy...! Ah! Sama nie wiem! Wszystko mnie boli! A tak wgl czemu tu jeszcze jesteś?! Co Ty tu wgl kurwa robisz?? - teraz już skończyłam i słuchałam co on ma do powiedzenia. Byłam nieźle wkurwiona.
-Przepraszam... Nie chciałem... - powiedział widocznie smutny i widać było, że żałuje, ale ja nie dałam tak po prostu za wygraną.
-Nie chciałeś?! I tak po prostu jechałeś z taką prędkością?? Ja pierdolee...
-No mówię, że mi przykro! Byłem wkurwiony! Przepraszam... Naprawdę nie chciałem. - już na mnie nie patrzył, wzrok utkwił w swoich złączonych na kolanach rękach. Siedział na moim łóżku. Dopiero teraz to zauważyłam.
-Tak tak! Oczywiście...! Ciekawe co mogło Cię tak wkurwić żebyś przejeżdżał bezbronne laski na drodze! - Krzyknęłam rozzłoszczona, ale nie tak bardzo zła, żeby jechać gdzieś teraz i rozjeżdżać napotkanych ludzi! Noo... może poza jednym, którego i tak bym nie przejechała, bo do szpitala autem nie wjadę, a on siedzi akurat na moim łóżku obok mnie.
-Pokłóciłem się... z dziewczyną. To znaczy nie pokłóciłem. Ja z nią zerwałem...
-No suuuper! Nie dość, że to Ty z nią zerwałeś, więc to Twoja wina to jeszcze leżę tu przez tak błahą sprawę! No nie! Bo z jakąś dziwką sobie zerwałeś!
-Ojj, tak... żebyś wiedziała... z dziwką... - najpierw nie wiedziałam o co mu chodzi, a później ścisnęło mi się serce. Żal mi się zrobiło chłopaka i przykro, że tak na niego nakrzyczałam.
-Oh! - wyrwało mi się. Spojrzałam na niego, a on patrzył na mnie smutnymi oczami. Serce zacisnęło mi się jeszcze bardziej. Widziałam w jego źrenicach ból, smutek, zawiedzenie i coś jeszcze, czego nie mogłam zidentyfikować, więc to zignorowałam. - Bardzo mi przykro... - Patrzałam na niego ze współczuciem. - znam to uczu... - wyrwało mi się. Szybko złapałam się za usta. Och! Nie chciałam o tym mówić.
-Rozumiem, rozumiem... nie chcesz o tym gadać. Kiedyś i tak mi opowiesz. - Powiedział i uśmiechnął się łobuzersko. Trochę się chyba rozchmurzył. Zaśmiałam się, ale zdziwiłam się, że powiedział "kiedyś mi powiesz". Kiedyś? Powiem? Nie chciałam teraz o tym gadać ani myśleć, kłócić się, wspominać...
-Dobra, dobraaa... - podparłam się na rękach i chciałam sięgnąć po moją kartę pacjenta, chłopak najpierw patrzył na mnie dziwnie, a potem podśmiewał się pod nosem z moich zmagań.
-I czego się cieszysz?! Pomógł byś mi! - powiedziałam lekko zirytowana. On tylko się śmiał i kręcił przecząco głową.
-Dobrze, że nie możesz jej sięgnąć, bo byś mnie jeszcze zabiła po tym, co Ci zrobiłem. - powiedział nagle z poważną, a zarazem smutną miną.
-Oh! I tak Cię zabiję, więc co Ci zależy? - Powiedziałam z anielskim uśmieszkiem.
-Mhm, mhm... Umiem się bronić. - zaśmiał się, ale był trochę zmieszany.
-Okeey! Dobra! Nic Ci nie zrobię. Pasuje? - zapytałam ze zniecierpliwieniem.
-Na pewno? - zaczynał działać mi na nerwy.
-Tak! Na pewno! Co by mi to teraz dało?! - krzyczałam. Nadal próbowałam jej dosięgnąć sama. Nie wiedziałam czemu nie mogę jej dosięgnąć. Moj umysł pracował jeszcze na zwolnionych obrotach. I wtedy dopiero zwróciłam uwagę na coś co wisiało przypięte na jakichś linkach (...?) od sufitu. Sunęłam wzrokiem w dół po tym białym czymś. Dość grube... Hmm... Dosięgało do mojego łóżka. O nie! To moja noga! To dlatego nie mogę dosięgnąć karty! Mam nogę w gipsie! Zdziwienie ustąpiło wielkiemu smutkowi. On chyba to zauważył. Zauważył też chyba, że dopiero teraz dowiedziałam się o nodze.
-Ehh... - westchnęło mi się.
-Przykro mi... Przepraszam... - Mówił ze smutkiem, miał wręcz załamany głos. Oparłam głowę o ścianę, zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. To zawsze pomaga. Uspokoiłam się, a gdy znowu otworzyłam oczy spojrzałam na chłopaka i uśmiechnęłam się. Patrzał na mnie zmartwiony.
-Ale masz minę! Jak byś to Ty miał złamaną nogę! Jakoś to przeżyję. - zaśmiałam się. - A teraz podaj mi moją kartę. Chcę się dowiedzieć co jeszcze mi zrobiłeś.
-Niee... Tak dobrze Ci szło to sięganie jej. Nawet nie wiesz jak to zabawnie wyglądało! Tak dobrze się bawiłem! - zakpił.
-Ale ja nie! Baardzo śmieszne! Super po prostu! - powiedziałam z drwiną. Uch. Nadal próbuję jej dosięgnąć, a on się bezczelnie śmieje. Schylam się jeszcze raz. Tym razem o kawałek dalej. Ach! Łapię się szybko prawą ręką za brzuch, a lewą podpieram o brzeg łóżka. Głowę zwiesiłam w dół tak, że poczułam jak włosy opadają i zakrywają mi twarz. Boli!
-Ała! Kurwa mać! Coś mi przeskoczyło! Ja pierdole! Co za ból! - krzyknęłam. Nim się spostrzegłam on już trzymał mnie za biodra i sadowił wygodnie w poduszce opierając plecami o ścianę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Miał zatroskane spojrzenie. Pochylił się w moją stronę i poprawił mi poduszkę za mną. Poczułam zapach jego perfum. Odsunął się kawałek tak, że teraz mógł spojrzeć mi w oczy. I zrobił to, a ja patrzałam w jego. Nadal był blisko. Jego twarz była zdecydowanie za blisko, ale jakoś nie chciałam tego zmieniać. Nie wiem co wyrażały jego źrenice... Nie umiałam tego rozpoznać. Nikt nigdy tak na mnie nie patrzył. Jego twarz zbliżała się do mojej... i wtedy odwróciłam lekko twarz. Zatrzymał się zaraz przed moim policzkiem. Czułam każdy jego gorący oddech. Przez chwilę nic nie robił, ani się nie odsuwał, ani się nie przybliżał, stał w miejscu. Odkąd zerwałam z ostatnim chłopakiem obiecałam sobie, że nigdy się nie zakocham, że nigdy nie będę miała chłopaka... ja go kochałam, a on.. wykorzystywał mnie...! Szybko wróciłam do sali szpitalnej ze swoich przemyśleń. Spojrzałam na chłopaka, który nadal trzymał ręce na poduszce za moimi plecami, z czego wynika, że nadal był blisko, ale już nie czułam jego oddechu na swojej skórze. Jeszcze przez chwilę patrzał na mnie smutnymi oczami i odsunął się. Ja nadal trzymałam się za brzuch. Chcąc rozładować atmosferę zaczęłam:
-Podasz mi w końcu tą kartę? - Uśmiechnęłam się. Chłopak tym razem od razu się zgodził, a jeszcze przed chwilą patrzał na mnie ze strachem. Pewnie się bał, że dostanie z liścia. Przecież on się do mnie przystawiał! Sama nie wiem dlaczego go nie uderzyłam... Gdyby to był ktoś inny na pewno byłby już spoliczkowany... eh. Niee... Nie gdyby był to ktoś inny, tylko gdybym była w pełci sprawna... Wolę to usprawiedliwiać tak.
-Albo jednak nie podam Ci karty... - zaśmiał się i wyciągnął język widząc moją groźną minę, która najprawdopodobniej mi się nie udała. Widać było po nim, że był jednak trochę spięty.
-To znów mam próbować dosięgnąć jej sama? - uniosłam jedną brew.
-Nie! - odpowiedział zdecydowanie zbyt szybko. - To znaczy... lepiej Ci ją podam. - dodał zakłopotany, a ja dziwnie na niego spojrzałam, ale on już nie patrzył na mnie tylko sięgał po kartę pacjenta. Moją kartę pacjenta. Podał mi ją trochę i nie jestem w stu procentach pewna, ale chyba zatrzęsła mu się ręka. Zbliżył kartę w moją stronę, złapałam ją dłonią i pociągnęłam, ale on nadal trzymał ją w uścisku. Znów podniosłam jedną brew i spojrzałam mu w oczy.
-Przepraszam... - szepnął i puścił kartę. Spojrzałam na nią i dowiedziałam się, że mam złamaną nogę w trzech miejscach...
-Aż trzech?! - jęknęłam. Nic nie odpowiedział tylko wpatrywał się we mnie badawczo. Zawiesiłam wzrok na ścianie przed sobą, chociaż nic szczególnego na niej nie było. Tylko biała farba... To się szybko nie zrośnie... Mam nadzieję, że nie będę musiała zrezygnować z jazdy konnej... Przeniosłam wzrok z powrotem na kartę spoglądając przy okazji na nogę. Czytałam dalej... połamane żebra... lekki wstrząs mózgu...! Otworzyłam szerzej oczy i przeczytałam jeszcze raz "wstrząs mózgu". Spojrzałam na chłopaka. On nadal siedział cicho i patrzał na mnie wzrokiem zbitego psiaka co trochę poprawiło mi humor. Nie żebym lubiła widzieć zbite pieski, o co to, to nie...! Ale on wyglądał tak przesłooodko.! Oddałam mu kartę.
-Kiedy stąd wyjdę? Jutro muszę iść do pracy, bo mnie wyrzucą. Jeden dzień powinni zrozumieć... - wtedy jego oczy zrobiły się jeszcze bardziej smutne.
-Nie jeden dzień... jutro jest sobota...
-Co proszę?! Leżę tutaj... 5 dni?! Co z moją pracą?! O matko! A tata? Na pewno się martwi! W sumie to nie... on nie martwi się o mnie odkąd skończyłam 5 lat... - powiedziałam, byłam tak roztrzęsiona i zdenerwowana, że nie wiedziałam co mówię. Och! Naprawdę mu o tym powiedziałam?! Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam, nikomu się nie zwierzałam... zawsze miałam jakieś opory... a jemu? Znam go zaledwie 1 dzień... noo... albo 5... tracę rachubę czasu. Powiedziałam mu pewnie przez ten szok... tak, byłam w szoku... to dlatego.
-Jak to się Tobą nie interesuje?! To musi być straszne! - zaczął od tego tematu... ale dlaczego? No tak... bo był najciekawszy.
-Nie ważne. Nie powinnam była Ci tego mówić... tak jakoś mi się wymsknęło... To nie jest teraz ważne. - przenosząc wzrok na ręce i zaplatając je na brzuchu.
-To jest ważne! Ale okey, toleruję to, że nie chcesz o tym gadać, ale kiedyś i tak mi powiesz... - znów to "kiedyś" i powiedział, że to "toleruje", czy to nie jest trochę chamskie...? - A co do Twojej pracy to załatwiłem Ci wolny miesiąc...
-Jak? Skąd wiesz gdzie pracuję?
-Miałaś przy sobie komórkę. Zadzwoniliśmy pod numer "tata", on nam powiedział, że nie wie i żebyśmy zadzwonili do Zoey, przyjaźnisz się z nią, prawda? Nawiasem mówiąc zdziwiłem się, że Twój tata nie wie gdzie pracujesz, teraz już wiem dlaczego. Mówisz, że się Tobą nie interesuje... Nie wiem jeszcze dlaczego...
-I się nie dowiesz. - przerwałam mu szybko. Skarcił mnie wzrokiem na co cicho prychnęłam.
-No więc Zoey powiedziała nam gdzie pracujesz, no i masz. - kontynuował. - Załatwione. Caaalutki miesiąc wolnego. - skończył z uśmiechem.
-Aż miesiąc?! Widzisz? Ojciec się mną nie interesuje... jak już mówiłam. Nawet nie wie gdzie pracuję. Ale chwila... mówisz, że Zoey powiedziała WAM gdzie pracuję - powiedziałam akcentując słowo "WAM" - Jakim WAM ? - zapytałam zdenerwowana.
Chyba wyszedł dość długi... Komentujcie, komentujcie, komentujcie... Następny bd krótszy. :D
-Bardzo boli? Może chcesz jakieś tabletki? Wodę? - Odwróciłam głowę w stronę, z której dobiegał głos. I wtedy go zobaczyłam, tego chłopaka, który wczoraj mnie uratował... Uśmiechnęłam się, ale zaraz przypomniałam sobie, że to przecież on mnie potrącił! Że gdyby nie on, nikt nie musiałby mnie ratować...!!
-Tak! Boli mnie głowa! Kurwa mać, jak mogłoby mnie nie boleć?! Potrąciłeś mnie! - próbował mi przerwać, ale ja nie dałam mu dojść do słowa, bo kontynuowałam - Boli mnie głowa i brzuch! To znaczy plecy...! Ah! Sama nie wiem! Wszystko mnie boli! A tak wgl czemu tu jeszcze jesteś?! Co Ty tu wgl kurwa robisz?? - teraz już skończyłam i słuchałam co on ma do powiedzenia. Byłam nieźle wkurwiona.
-Przepraszam... Nie chciałem... - powiedział widocznie smutny i widać było, że żałuje, ale ja nie dałam tak po prostu za wygraną.
-Nie chciałeś?! I tak po prostu jechałeś z taką prędkością?? Ja pierdolee...
-No mówię, że mi przykro! Byłem wkurwiony! Przepraszam... Naprawdę nie chciałem. - już na mnie nie patrzył, wzrok utkwił w swoich złączonych na kolanach rękach. Siedział na moim łóżku. Dopiero teraz to zauważyłam.
-Tak tak! Oczywiście...! Ciekawe co mogło Cię tak wkurwić żebyś przejeżdżał bezbronne laski na drodze! - Krzyknęłam rozzłoszczona, ale nie tak bardzo zła, żeby jechać gdzieś teraz i rozjeżdżać napotkanych ludzi! Noo... może poza jednym, którego i tak bym nie przejechała, bo do szpitala autem nie wjadę, a on siedzi akurat na moim łóżku obok mnie.
-Pokłóciłem się... z dziewczyną. To znaczy nie pokłóciłem. Ja z nią zerwałem...
-No suuuper! Nie dość, że to Ty z nią zerwałeś, więc to Twoja wina to jeszcze leżę tu przez tak błahą sprawę! No nie! Bo z jakąś dziwką sobie zerwałeś!
-Ojj, tak... żebyś wiedziała... z dziwką... - najpierw nie wiedziałam o co mu chodzi, a później ścisnęło mi się serce. Żal mi się zrobiło chłopaka i przykro, że tak na niego nakrzyczałam.
-Oh! - wyrwało mi się. Spojrzałam na niego, a on patrzył na mnie smutnymi oczami. Serce zacisnęło mi się jeszcze bardziej. Widziałam w jego źrenicach ból, smutek, zawiedzenie i coś jeszcze, czego nie mogłam zidentyfikować, więc to zignorowałam. - Bardzo mi przykro... - Patrzałam na niego ze współczuciem. - znam to uczu... - wyrwało mi się. Szybko złapałam się za usta. Och! Nie chciałam o tym mówić.
-Rozumiem, rozumiem... nie chcesz o tym gadać. Kiedyś i tak mi opowiesz. - Powiedział i uśmiechnął się łobuzersko. Trochę się chyba rozchmurzył. Zaśmiałam się, ale zdziwiłam się, że powiedział "kiedyś mi powiesz". Kiedyś? Powiem? Nie chciałam teraz o tym gadać ani myśleć, kłócić się, wspominać...
-Dobra, dobraaa... - podparłam się na rękach i chciałam sięgnąć po moją kartę pacjenta, chłopak najpierw patrzył na mnie dziwnie, a potem podśmiewał się pod nosem z moich zmagań.
-I czego się cieszysz?! Pomógł byś mi! - powiedziałam lekko zirytowana. On tylko się śmiał i kręcił przecząco głową.
-Dobrze, że nie możesz jej sięgnąć, bo byś mnie jeszcze zabiła po tym, co Ci zrobiłem. - powiedział nagle z poważną, a zarazem smutną miną.
-Oh! I tak Cię zabiję, więc co Ci zależy? - Powiedziałam z anielskim uśmieszkiem.
-Mhm, mhm... Umiem się bronić. - zaśmiał się, ale był trochę zmieszany.
-Okeey! Dobra! Nic Ci nie zrobię. Pasuje? - zapytałam ze zniecierpliwieniem.
-Na pewno? - zaczynał działać mi na nerwy.
-Tak! Na pewno! Co by mi to teraz dało?! - krzyczałam. Nadal próbowałam jej dosięgnąć sama. Nie wiedziałam czemu nie mogę jej dosięgnąć. Moj umysł pracował jeszcze na zwolnionych obrotach. I wtedy dopiero zwróciłam uwagę na coś co wisiało przypięte na jakichś linkach (...?) od sufitu. Sunęłam wzrokiem w dół po tym białym czymś. Dość grube... Hmm... Dosięgało do mojego łóżka. O nie! To moja noga! To dlatego nie mogę dosięgnąć karty! Mam nogę w gipsie! Zdziwienie ustąpiło wielkiemu smutkowi. On chyba to zauważył. Zauważył też chyba, że dopiero teraz dowiedziałam się o nodze.
-Ehh... - westchnęło mi się.
-Przykro mi... Przepraszam... - Mówił ze smutkiem, miał wręcz załamany głos. Oparłam głowę o ścianę, zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. To zawsze pomaga. Uspokoiłam się, a gdy znowu otworzyłam oczy spojrzałam na chłopaka i uśmiechnęłam się. Patrzał na mnie zmartwiony.
-Ale masz minę! Jak byś to Ty miał złamaną nogę! Jakoś to przeżyję. - zaśmiałam się. - A teraz podaj mi moją kartę. Chcę się dowiedzieć co jeszcze mi zrobiłeś.
-Niee... Tak dobrze Ci szło to sięganie jej. Nawet nie wiesz jak to zabawnie wyglądało! Tak dobrze się bawiłem! - zakpił.
-Ale ja nie! Baardzo śmieszne! Super po prostu! - powiedziałam z drwiną. Uch. Nadal próbuję jej dosięgnąć, a on się bezczelnie śmieje. Schylam się jeszcze raz. Tym razem o kawałek dalej. Ach! Łapię się szybko prawą ręką za brzuch, a lewą podpieram o brzeg łóżka. Głowę zwiesiłam w dół tak, że poczułam jak włosy opadają i zakrywają mi twarz. Boli!
-Ała! Kurwa mać! Coś mi przeskoczyło! Ja pierdole! Co za ból! - krzyknęłam. Nim się spostrzegłam on już trzymał mnie za biodra i sadowił wygodnie w poduszce opierając plecami o ścianę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Miał zatroskane spojrzenie. Pochylił się w moją stronę i poprawił mi poduszkę za mną. Poczułam zapach jego perfum. Odsunął się kawałek tak, że teraz mógł spojrzeć mi w oczy. I zrobił to, a ja patrzałam w jego. Nadal był blisko. Jego twarz była zdecydowanie za blisko, ale jakoś nie chciałam tego zmieniać. Nie wiem co wyrażały jego źrenice... Nie umiałam tego rozpoznać. Nikt nigdy tak na mnie nie patrzył. Jego twarz zbliżała się do mojej... i wtedy odwróciłam lekko twarz. Zatrzymał się zaraz przed moim policzkiem. Czułam każdy jego gorący oddech. Przez chwilę nic nie robił, ani się nie odsuwał, ani się nie przybliżał, stał w miejscu. Odkąd zerwałam z ostatnim chłopakiem obiecałam sobie, że nigdy się nie zakocham, że nigdy nie będę miała chłopaka... ja go kochałam, a on.. wykorzystywał mnie...! Szybko wróciłam do sali szpitalnej ze swoich przemyśleń. Spojrzałam na chłopaka, który nadal trzymał ręce na poduszce za moimi plecami, z czego wynika, że nadal był blisko, ale już nie czułam jego oddechu na swojej skórze. Jeszcze przez chwilę patrzał na mnie smutnymi oczami i odsunął się. Ja nadal trzymałam się za brzuch. Chcąc rozładować atmosferę zaczęłam:
-Podasz mi w końcu tą kartę? - Uśmiechnęłam się. Chłopak tym razem od razu się zgodził, a jeszcze przed chwilą patrzał na mnie ze strachem. Pewnie się bał, że dostanie z liścia. Przecież on się do mnie przystawiał! Sama nie wiem dlaczego go nie uderzyłam... Gdyby to był ktoś inny na pewno byłby już spoliczkowany... eh. Niee... Nie gdyby był to ktoś inny, tylko gdybym była w pełci sprawna... Wolę to usprawiedliwiać tak.
-Albo jednak nie podam Ci karty... - zaśmiał się i wyciągnął język widząc moją groźną minę, która najprawdopodobniej mi się nie udała. Widać było po nim, że był jednak trochę spięty.
-To znów mam próbować dosięgnąć jej sama? - uniosłam jedną brew.
-Nie! - odpowiedział zdecydowanie zbyt szybko. - To znaczy... lepiej Ci ją podam. - dodał zakłopotany, a ja dziwnie na niego spojrzałam, ale on już nie patrzył na mnie tylko sięgał po kartę pacjenta. Moją kartę pacjenta. Podał mi ją trochę i nie jestem w stu procentach pewna, ale chyba zatrzęsła mu się ręka. Zbliżył kartę w moją stronę, złapałam ją dłonią i pociągnęłam, ale on nadal trzymał ją w uścisku. Znów podniosłam jedną brew i spojrzałam mu w oczy.
-Przepraszam... - szepnął i puścił kartę. Spojrzałam na nią i dowiedziałam się, że mam złamaną nogę w trzech miejscach...
-Aż trzech?! - jęknęłam. Nic nie odpowiedział tylko wpatrywał się we mnie badawczo. Zawiesiłam wzrok na ścianie przed sobą, chociaż nic szczególnego na niej nie było. Tylko biała farba... To się szybko nie zrośnie... Mam nadzieję, że nie będę musiała zrezygnować z jazdy konnej... Przeniosłam wzrok z powrotem na kartę spoglądając przy okazji na nogę. Czytałam dalej... połamane żebra... lekki wstrząs mózgu...! Otworzyłam szerzej oczy i przeczytałam jeszcze raz "wstrząs mózgu". Spojrzałam na chłopaka. On nadal siedział cicho i patrzał na mnie wzrokiem zbitego psiaka co trochę poprawiło mi humor. Nie żebym lubiła widzieć zbite pieski, o co to, to nie...! Ale on wyglądał tak przesłooodko.! Oddałam mu kartę.
-Kiedy stąd wyjdę? Jutro muszę iść do pracy, bo mnie wyrzucą. Jeden dzień powinni zrozumieć... - wtedy jego oczy zrobiły się jeszcze bardziej smutne.
-Nie jeden dzień... jutro jest sobota...
-Co proszę?! Leżę tutaj... 5 dni?! Co z moją pracą?! O matko! A tata? Na pewno się martwi! W sumie to nie... on nie martwi się o mnie odkąd skończyłam 5 lat... - powiedziałam, byłam tak roztrzęsiona i zdenerwowana, że nie wiedziałam co mówię. Och! Naprawdę mu o tym powiedziałam?! Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam, nikomu się nie zwierzałam... zawsze miałam jakieś opory... a jemu? Znam go zaledwie 1 dzień... noo... albo 5... tracę rachubę czasu. Powiedziałam mu pewnie przez ten szok... tak, byłam w szoku... to dlatego.
-Jak to się Tobą nie interesuje?! To musi być straszne! - zaczął od tego tematu... ale dlaczego? No tak... bo był najciekawszy.
-Nie ważne. Nie powinnam była Ci tego mówić... tak jakoś mi się wymsknęło... To nie jest teraz ważne. - przenosząc wzrok na ręce i zaplatając je na brzuchu.
-To jest ważne! Ale okey, toleruję to, że nie chcesz o tym gadać, ale kiedyś i tak mi powiesz... - znów to "kiedyś" i powiedział, że to "toleruje", czy to nie jest trochę chamskie...? - A co do Twojej pracy to załatwiłem Ci wolny miesiąc...
-Jak? Skąd wiesz gdzie pracuję?
-Miałaś przy sobie komórkę. Zadzwoniliśmy pod numer "tata", on nam powiedział, że nie wie i żebyśmy zadzwonili do Zoey, przyjaźnisz się z nią, prawda? Nawiasem mówiąc zdziwiłem się, że Twój tata nie wie gdzie pracujesz, teraz już wiem dlaczego. Mówisz, że się Tobą nie interesuje... Nie wiem jeszcze dlaczego...
-I się nie dowiesz. - przerwałam mu szybko. Skarcił mnie wzrokiem na co cicho prychnęłam.
-No więc Zoey powiedziała nam gdzie pracujesz, no i masz. - kontynuował. - Załatwione. Caaalutki miesiąc wolnego. - skończył z uśmiechem.
-Aż miesiąc?! Widzisz? Ojciec się mną nie interesuje... jak już mówiłam. Nawet nie wie gdzie pracuję. Ale chwila... mówisz, że Zoey powiedziała WAM gdzie pracuję - powiedziałam akcentując słowo "WAM" - Jakim WAM ? - zapytałam zdenerwowana.
Chyba wyszedł dość długi... Komentujcie, komentujcie, komentujcie... Następny bd krótszy. :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz