sobota, 25 maja 2013

Rozdział 3

Dzisiaj mnie wypuszczają... Leżałam tu cale 2 tygodnie. Zayn oczywiście wkurzał mnie swoja codzienna obecnością. Chociaż bez niego byłoby nudno... Zoey tez mnie odwiedzała, ale nie tak czesto jak on,  czasami nawet spal na łóżku obok... powiedział mi ze do końca tego tygodnia nie mają z chłopakami żadnych koncertów, a mamy już wtorek. Nadal wkurzał mnie całym tym swoim wielce gwiazdorskim życiem, ale czasaaami, zaczynałam w nim dostrzegać normalnego chłopaka... Zdaje mi się... Napeeno tylko mi się zdawało. Dobra, muszę iść się przebrać w ciuchy, które ostatnio przyniosła mi Zoe, zaraz wychodzę...
-O Boże! - jęknęłam. - nie wierzę! - Moja przyjaciółka mnie wrobiła! Przyniosła mi koszulkę z całym zespołem One Direction, a domyśliłam się tego tylko po napisie i zdj Zayna. Było mi trochę przykro, ze reszta chłopaków nie przyszła do mnie ani razu... Chwila, chwila... Jak to: przykro mi?? Przecież ja ich wcale nie znam! Oni mnie tez nie, wiec nie rozumiem o co mi samej chodzi...
-Nie ubiorę się w to - mruknęłam. - Ach,tak... to jeśli nie ubiorę się w to, to w co ?? Nie mam nic innego... - Zoey już widocznie o to zadbała. Ciekawe czemu mi to zrobiła?! Pewnie Zeyn ją przekupił, może nawet ją pocałował, to byłoby w jego stylu. - zakpiłam w myślach, ale tak naprawdę było mi smutno na samą taką myśl. Dlaczego??
No cóż... Musiałam ubrać to co miałam:
Przebrałam się i usiadłam na swoim łóżku. Wzięłam do ręki butelkę wody i już miałam upić z niej łyk, gdy drzwi mojej sali się otworzyły i wszedł do środka mój lekarz. 
-Panno Nathalie, zaraz opuści Pani nasz szpital i chciałbym, aby wypełniła Pani ankietę co do opieki tutaj. Bardzo nam na tym zależy. - powiedział poważnym tonem. Trochę zdziwiona wzięłam od niego kartę i długopis, nie miałam gdzie pisać, więc pisałam opierając kartkę na kolanach. Były pytania o opiekę pielęgniarek itd. Facet przysunął się bliżej i patrzał mi przez ramię co piszę...! Wkurzyło mnie to. Nie będę niemiła... Albo w sumie... Co mi zależy? I tak już wychodzę.
-Było miło, jeśli można tak nazwać pobyt w szpitalu, ale mogłoby być jeszcze milej, gdyby nie patrzył mi Pan doktor przez ramię na ankietę. - powiedziałam z ironicznym uśmieszkiem. Trochę zakłopotany mężczyzna bez słowa się odsunął, ale po chwili powiedział:
-Ktoś do Pani przyszedł i czeka za drzwiami. Może wejść? Wygląda na niecierpliwego. - Kiwnęłam tylko głową i oddałam mu jeszcze ankietę. Po chwili do środka wszedł Zayn.
-Ooo! Fajna koszulka! Wyglądasz w niej jeszcze bardziej seksownie niż w piżamie. - zaśmiał się. Jak widać bardzo dobrze się bawił... Ja siedziałam nadal na łóżku i patrzałam na niego z poważną miną, ale nawet to nic nie dało. On nadal naśmiewał się ze mnie.
-Od kiedy jesteś moją fanką, co?
-Od nigdy! Malik, możesz się już zamknąć?! Przyznaj się! Maczałeś w tym palce. Czym przekupiłeś moją NAJLEPSZĄ przyjaciółkę?? - zapytałam akcentując słowo "NAJLEPSZĄ". - Nie wierzę, że tak mnie wrobiła! - wykrzyczałam.
-Ej! Okey! To moja wina. Nie gniewaj się na nią... - już się ze mnie nie naśmiewał, ale nadal miał te iskierki w oczach i uśmiech na twarzy.
-Czym dała się przekupić?? Mam nadzieję, że to było coś bardzo cennego. - powiedziałam gniewnie, ale tak naprawdę bałam się, że przekupił ją tym... o czym pomyślałam wcześniej. Oby nie... 
-Noo, to było coś bardzo cennego, nie martw się... - nadal się śmiał.
-Co takiego?? - O nie... Na pewno ją pocałował... w sumie to czego ja się czepiam?! Kurde, co się ze mną dzieje?? Czy to dlatego, że wiem ile ma kasy?! Niee...! Nie mogę tak nawet myśleć, nigdy taka nie byłam! Nigdy nie chodziło mi tylko o kasę... i nigdy nie będzie.
-No niech Ci będzie. Powiem: umówiłem ją na randkę z naszym Niallerem. - powiedział i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Nie pohamowałam westchnienia ulgi. Dziwnie na mnie spojrzał, ale na szczęście o nic nie pytał. 
-Przykro mi, musisz już iść, wychodzę ze szpitala. - powiedziałam i wytknęłam mu język. Zrobił smutną minkę.
-Naprawdę Ci przykro?
-Hmm... Daj mi pomyśleć... Odpowiedz brzmi: nie, ani troszeczkę nie jest mi przykro. - znów wytknęłam mu język.
-To dobrze, bo przyjechałem po Ciebie. Dobrze wiedziałem kiedy wychodzisz. Zoey mi powiedziała. Odwożę Cię do domu Mała!
- Co?! - oczy szerzej mi się otworzyły. - Nie! Nie ma mowy!
-No ej! Czemu nie? 
-Nie pojadę z Tobą! - powiedziałam ze strachem. 
-Spokojnie! Nie zgwałcę Cię.. jeszcze nie. - zaśmiał się łobuzersko.
-Nie pojadę z Tobą! - powtórzyłam. - Ty nie potrafisz jeździć!
-Ja nie potrafię? Mówisz do mistrza kierownicy. - zaśmiał się.
-Nie wsiądę z Tobą do auta! Nie zapominaj, ze to przez Ciebie tutaj leżę. 
-Nie noo! Przestań... Wtedy byłem wkurwiony. Teraz będę jechał ostrożnie. Wyobrażę sobie, że... hmm... że wiozę jajko. - zaśmiał się i wytknął mi język. Trochę się już rozluźniłam. Prychnęłam i odwróciłam wzrok udając obrażone dziecko. Zayn znowu wybuchnął śmiechem. - Noo dobra, takie ładne jajko. - Przestałam się obrażać i zaśmiałam się. - Jajko w koszulce z moją podobizną. - dogryzł mi. 
-Przestań już z tą koszulką, dobra??
-Czeemu?? Nie podoba Ci się? Zawsze możesz ją ściągnąć.
-Chciałabym, problem jest taki, że nie mam innej.
-Wiem. - zaśmiał się. Dobrze o tym wiedział! Chciał, żebym została w samym staniku! Dobrze, że chociaż pozwolił Zoey mi go przywieźć. A to głupek! Wzięłam białą poduszkę z łóżka szpitalnego, na którym jeszcze siedziałam i rzuciłam nią w niego. Stał przy drzwiach i opierał się seksownie o ścianę. Seksownie?! Eh... Ciekawe czy robi to specjalnie. Zwinnie złapał poduszkę i rzucił nią we mnie. Mi złapanie jej oczywiście się nie udało, bo leciała z taką prędkością, że powaliła mnie na łóżko. 
-Ała! - jęknęłam i szybko wzięłam ją z powrotem w ręce i zamachnęłam się w kierunku chłopaka. Tym razem on także jej nie złapał. I tak zaczęła się bitwa na poduszki, a raczej na poduszkę. Śmialiśmy się tak głośno, że dziwiłam się, że jeszcze nikt nie przyszedł nas uciszyć. Skończyło się na tym, że poduszka była podarta, a po sali latało pełno piór. Siedzieliśmy zdyszani na łóżku.
-To co? Ściągasz tą koszulkę czy już Ci się spodobała?
-Nie ściągam.
-Ściągasz czy Ci się spodobała? - zapytał ponownie, a na jego twarzy znowu pojawiał się ten łobuzerski uśmiech. zrozumiałam, że muszę wybrać jeden z wariantów odpowiedzi, które zostały zawarte w samym pytaniu.
-Yyyy... Jest... ładna.
-Jest! Haha. Wiedziałem, że ją polubisz.
-Mhmm... - mruknęłam.
-To co? Jedziemy do domu?
-Długo tu leżałam, przejdę się... Nie mam daleko.
-Wiem gdzie mieszkasz Nathalie. A dokładniej to na drugim końcu miasta. - powiedział ze zniecierpliwieniem.
-Nie szkodzi. Dam sobie radę.
-Ale robi się ciemno. 
-Powiedziałam: PRZEJDĘ się.
-Okey, okey. Jak chcesz... Jeszcze zobaczymy. - zaśmiał się.

Ja szłam chodnikiem, a ten głupek jechał zaraz koło mnie autem. Ludzie za nim się wkurwiali, że jedzie tak wolno, aż w końcu zaczęli go wyprzedzać. 
-Natt nie wygłupiaj się, no! Wsiadaj. - namawiał.
-Nie wsiądę, dobrze o tym wiesz i to nie ja się wygłupiam tylko Ty. - przecież mówiłam mu, że chcę się przejść.
-Przestań... No dalej wskakuj. Będę jechał ostrożnie, obiecuję. 
-NIE. I zamknij się. - chyba się wkurzył, bo już od pewnego czasu się nie odzywał. Postanowiłam więc wykorzystać ten czas i zadzwonić po taksówkę. Zdążyłam tylko wyciągnąć telefon z kieszeni, gdy usłyszałam ten przeraźliwy pisk opon, po którym po moim ciele przebiegły paraliżujące ciarki. Brr... Co to było?! Zobaczyłam przed sobą Malika, nie wiedziałam co się dzieje, a on szybkim ruchem wyciągnął mi z dłoni telefon, który trzymałam nadal przed oczami. Spojrzał na mnie i wybuchł śmiechem. Na drodze stało jego auto, a za nim zaczynało się już zbierać sporo aut. 
-Co Ty odwalasz?! Pojebało Cię??
-Ej! Ej! Nie tak ostro Mała. - powiedział i puścił do mnie zalotne oczko, wtedy i ja się zaśmiałam. - Po co dzwonić po taksówkę, skoro ja Cię mogę podwieźć? - skąd on wiedział, że ja chcę zadzwonić po taksówkę? 
-Po taksówkę?? A nie mówiłam już czasem, że chcę się przejść? - Powiedziałam i uśmiechnęłam się sztucznie. - Chciałam sprawdzić godzinę. - Skłamałam. Wymyśliłam to tak na szybko. 
-Sprawdzić godzinę? Dobra, dobraa...
-No tak! Przecież mówię! Nie wierzysz mi?!
-Nie
-Co?
-Zegarek masz na ręce. - powiedział z udawanym zniecierpliwieniem w głosie, ale po chwili zaśmiał się, gdy zauważył, że otwieram usta, ale nie wiem co mam powiedzieć. Auta stojące za jego samochodem zaczęły coraz głośniej domagać się jego powrotu za kierownicę, ale on jak widać nie przejmował się tym. 
-Jedź, bo się niecierpliwią. - powiedziałam tylko.
-Bez Ciebie nie wsiądę. - powiedział i uśmiechnął się łobuzersko.
-No jedź! Dalej! Ja nie wsiadam! No jedź, bo przecież tutaj nie mogą Cię wyprzedzić!
-Nie. - odpowiedział krótko. W końcu któryś z kierowców wysiadł i szedł w naszą stronę. 
-Możesz odjechać tym autem na par... Zayn Malik?! Wow.! Moja córka uwielbia Wasz zespół. - Przyglądał się Zaynowi jakby zobaczył milion dolarów ustawionych na chodniku w cztery równiutkie kolumny i podpisanych, że są jego. Boże, co za idiota... 
-Proszę Pana, proszę nie krzyczeć tak głośno, bo zaraz będzie tu pełno fanek, a tego nie chcemy... - powiedział trochę nerwowo chłopak.
-Yyy... Dobrze. - zakłopotał się mężczyzna. 
-Mógłby mi Pan w czymś pomóc?
-No pewnie! Jasne! - Zayn szybko rozejrzał się wokoło. I nie potrzebnie, bo jakaś dziewczyna go zobaczyła i zaczęła piszczeć. "Aaa!! Zayn Malik tu jest!". Kolejna idiotka... 
-O nie! Szybko! - wystraszył się Zayn. Chwilę później już wiedziałam o co chodzi. Nagle jakby z ziemi wyrośli paparazzi. Błyski fleszy... - Niech mi Pan pomoże. Złap ją za nogi! - Zayn podbiegł do mnie, a mężczyzna jak gdyby nigdy nic wykonał jego polecenie i złapał mnie za nogi, ja nie stawiałam oporu, byłam w szoku. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Chłopak ręką docisnął moją twarz do swojej klatki piersiowej, tak, że na pewno na żadnym ze zdjęć nie będzie widać mojej twarzy i zostałam wniesiona do jego auta. Malik dyskretnie dał coś mężczyźnie i usłyszałam jak mówił mu, że teraz ma iść do auta i jak najszybciej uciekać przed paparazzi, a jeśliby go dogonili to ma nic im nie mówić. Dotarło do mnie jeszcze jak powiedział, że mu dziękuje i wsiadł za kierownicę. Zorientowałam się co się dzieje i zaczęłam krzyczeć, że nie chcę z nim jechać. Chciałam wysiąść z auta, ale sprytnie zamknął je na klucz od wewnątrz. Wdech... Wydech... oddychałam głęboko. Uspokoiłam się i spojrzałam na Zayna, był poważny i skupiony na drodze. Głupia ja powędrowałam za jego wzrokiem i zatrzymałam się na drodze przed nami. Jechaliśmy z prędkością pewnie pięć razy większą od dozwolonej! Myślałam, że zaraz zwymiotuję. Co prawda nigdy nie bałam się szybkiej jazdy, a wręcz ją lubiłam, ale nie, gdy za kierownicą siedzi człowiek, który wcześniej mnie przejechał omal nie zabijając przy tym. Odwrócił się na chwilę i zerknął na mnie. Zaczął się śmiać, głupek. Pewnie moja twarz była cała zielona. Przez całą drogę nie odważyłam się już spojrzeć w przednią szybę, w żadną z szyb nie patrzałam... 

Do mojego domu dojechaliśmy późnym wieczorem... Wyszłam z jego auta chwiejąc się na własnych nogach. Byłam wykończona tą jazdą i wgl tym pobytem w szpitalu. Kierowałam się w już w stronę domu, gdy usłyszałam trzask otwieranych, a po chwili zamykanych drzwi samochodowych i już po chwili Zayn stał koło mnie. Spojrzałam na niego zdziwiona, a po chwili nawet wkurzona. Przyglądał mi się badawczo.
-No co? - zapytał w końcu. - Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że mnie nie zaprosisz, co? - zapytał zażenowany...

                                                                                                                                                                                
I jak? Podoba Wam się rozdział? Jak myślicie? Wpuści go do środka? Czego chce od niej Zayn? Komentujcie :) Zostawcie po sobie jakiś ślad, to dla mnie naprawdę bardzo dużo znaczy... Wcześniej chyba nie dało się dodać komentarzy. Przepraszam... Mój błąd, ale już coś poprzestawiałam w ustawieniach i powinno być OK. Spróbujcie... 
Noo... To już chyba na tyle.
Do następnego :) 
Natalia

czwartek, 23 maja 2013

ROZDZIAŁ 2

W poprzednim rozdziale...
-Ale chwila... mówisz, że Zoey powiedziała WAM gdzie pracuję - powiedziałam akcentując słowo "WAM" - Jakim WAM ? - zapytałam zdenerwowana.


Chłopak zaśmiał się krótko, a ja nadal mu się przyglądałam. Jego mina stopniowo się zmieniała, aż przeszła na tryb "poirytowany"
-No chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nasz nie znasz! - Krzyknął.
-Że kogo nie znam? - Próbowałam zachować spokój, co mi chyba za bardzo nie wychodziło... no, ale liczą się dobre chęci.
-No NAS. Mojego zespołu! To znaczy naszego zespołu! Mojego i reszty chłopaków. Jestem Zayn Malik. Kojarzysz?? - pytał nadal poddenerwowany.
-Niee... soryyy, nie uraź się, ale nie znam waszego... zespołu. - nadal próbowałam trzymać nerwy na wodzy, ale on coraz bardziej mnie wkurzał.
-No nie! Haha. Nie zna nas! Doobre! Za mocno się w główkę uderzyłaś? - zapytał z kpiną. Teraz już przesadził...
-Co Ty sobie myślisz?? Że co...?? Że powiesz mi : jestem Zayn Molik... czy jakoś tak...
-Malik... - warknął.
-Gówno mnie obchodzi jak się nazywasz! Jestem Natalie Cavanach... - Odczekałam chwilę, a gdy już otwierał usta, by coś powiedzieć, ja kontynuowałam. - Tak, możesz już zacząć mnie wielbić! Ha. Ha. Ha. Naprawdę jesteś tak głupi i myślałeś, że jak powiesz mi, że jesteś w jakimś tam zespoliku...
-Najpopularniejszym w Anglii... - Znów mi przerwał! Jeśli jeszcze raz to zrobi, to zniekształcę mu tą ładną buźkę! Emm... Czy ja właśnie pomyślałam, że ma ładną twarz?! Uhm.. Co się ze mną dzieje... Znów te nerwy? 
-Nie przerywaj mi! Widocznie nie najpopularniejszym! Jak widzisz: JA Cię nie znam! I co? Myślałeś, że powiesz mi, że jesteś jakąś gwiazdeczką, i co? Liczyłeś, że rzucę się na Ciebie jak jakaś psychicznie chora fanka?? No to wybacz, ale się przeliczyłeś!...
-Ej, ej! Przystopuj... Przecież nie o to mi chodziło! Po prostu zdziwiłem się, że gadasz ze mną normalnie... i wgl... ten, no... - zakłopotał się i nie jestem pewna, ale chyba nasza gwiazdeczka miała rumieńce na policzkach!  
-"ten, no", co??
-No i nie pozwoliłaś się pocałować... - powiedział i od razu wzrok przeniósł na swoje dłonie, a mnie zamurowało. On myślał, że skoro jest gwiazdą to będę go całować?! Bezczelny... 
-No nie! Och! Jak mogłam odmówić pocałunku tak znanej osobie! Co ja najlepszego narobiłam! Błagam Cię! Zapomnij o tym i pocałuj mnie jeszcze raz! - złapałam się teatralnie za głowę. 
-Naprawdę tego chcesz?
-Nie! - krzyknęłam, a zaraz potem zaśmiałam się kpiąco. - Żałosny jesteś... - Spojrzałam na niego, a on patrzał na mnie z... ulgą w oczach...! Ewidentnie była to ulga! Jakby człowiekowi na pustyni basen wody dać! - Co się tak patrzysz? - wiem, że powinnam być wkurzona, ale tak naprawdę byłam zaciekawiona i było to słychać w moim głosie. On uśmiechnął się do mnie i powiedział:
-Uff. Już myślałem, że mnie po prostu nie poznajesz i jak Ci powiem jak się nazywam, to rzucisz się na mnie, a tego bym nie chciał... - Cały czas się uśmiechał. Dziwny jest, czy jak?
-Czemu? Czyżby media mogły nas tu zobaczyć gwiazdeczko? - zadrwiłam. - Już widzę te nagłówki gazet: Zayn ze słynnego zespołu... - i tu się zacięłam, bo nie wiedziałam jak się nazywa ten ich zespolik. Spojrzałam na niego pytająco. Wiedział o co chodzi. 
-One Direction. - powiedział dumnie.
-One Direction? Jednak o Was słyszałam... Chwila, chwila... Gdzie to było...? - Przyglądał się mi. - Aaa... Zoey Was wielbi... - skończyłam zrezygnowana.
-Haha! A widzisz! Jesteśmy najsławniejszym zespołem! - Ten głupek cieszył się jak dziecko. 
-Dobra, dobraa... Zayn ze słynnego zespołu One Direction próbuje przekupić nastolatkę, którą potrącił całując ją! Czy mu się to uda?
-Niee... - zaprzeczył. - Ja to widzę inaczej. - wyszczerzył zęby. - Chociaż... Fajnie byłoby Cię pocałować... - Wzrok wbił w moje usta i udawał, że się zamyślił. Nagle szybko się otrząsnął i powiedział:
-Hej! Hej! Teraz to Ty mnie prowokujesz! - nadal patrzał na moje usta.
-Co? - zapytałam nie wiedząc o co mu chodzi. 
-Przygryzasz wargę Mała... - Szybko zorientowałam się co właśnie zrobiłam i przestałam ją przygryzać.
-Zrobiłam to odruchowo!
-No, no... Tak się tłumacz Mała. - Śmiał się.
-I nie mów do mnie Mała! 
-Okey, okey.
-I bez marzeń mi tu proszęęę... - zaśmiałam się, a on zrobił smutną minkę. Wtedy już nie wytrzymałam i wybuchłam śmiechem. Gdy się już pohamowałam: - No więc o co chodzi? Czemu nie chciał byś żebym się na Ciebie rzuciła? - na sam dźwięk tych słów znów zaniosłam się śmiechem. On też się śmiał.
-Po pierwsze: nie chciałbym, żebyś coś sobie zrobiła, a po drugie: to... polubiłem Cię taką jaką jesteś... Nie jesteś taka jak fanki, które żeby mnie chociaż dotknąć, zrobiłyby wszystko, albo jak te, które rzucają w nas stanikami na koncertach... - przerwał na chwilę i spojrzał na mnie, ale ja nie chciałam mu przerywać, chciałam, żeby mówił dalej, więc przyglądałam się mu tylko. - Jeszcze NIGDY - zaakcentował słowo "nigdy" - odkąd założyliśmy zespół i odkąd jesteśmy najpopularniejszym boysband'em żadna dziewczyna na mnie nie nakrzyczała...! Nawet moja matka! To było dziwne uczucie, nie powiem, że nie... ale... podobało mi się. - powiedział zakłopotany chyba tym wyznaniem. Patrzałam na niego jak na kogoś, kto ma nie równo pod sufitem, ale w końcu nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać. On patrzał na mnie nadal zakłopotany, aż w końcu udzielił mu się mój rechot i sam zaczął się śmiał.
-Polecam się na przyszłość! - wykrzyknęłam między wybuchami śmiechu. Gdy już się uspokoiłam powiedziałam  - polubiłeś mnie? Jakoś niewiele osób mnie lubi... noo... nikt mnie nie lubi, nawet ojciec... poza Zoey oczywiście!
-No i poza mną! Nie zapominaj proszę...! - zaśmiał się.
-Chwila, chwila... Mówisz, że jest piątek, tak? - zapytałam.
-Emm... Noo, tak. - zawahał się.
-I jakimś dziwnym trafem byłeś tu akurat wtedy kiedy się obudziłam? - eh. Nie "trawię" tego. Dlaczego on tu jest? Dlaczego jest tu 5 dni po wypadku? Chłopak zaśmiał się.
-Nie, nie dziwnym trafem. - uśmiechnął się do mnie szeroko. Miał taki śliczny uśmiech... Na sam jego widok robiło mi się lżej na sercu. Kompletnie nie rozumiem dlaczego. Przecież to przez niego tutaj leżę. 
-Skoro nie dziwnym to jakim?
-Zoey pełniła przy Tobie od rana do południa, a ja od południa do rana. - znów tak ślicznie się uśmiechnął.
-Czy to znaczy, ze siedziałeś tutaj ze mną przez całe noce? - otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia.
-No w sumie to... bywało, że leżałem tu, na łóżku obok. - powiedział wskazując na łóżko stojące obok mojego. Dopiero teraz zauważyłam, że było dziwnie blisko mojego, ale nie mam teraz siły się nad tym zastanawiać. - ale nie spałem. Nigdy nie zmrużyłem nawet oka. - uśmiechnął się.
-Nie miałabym Ci tego za złe. - zaśmiałam się. - Zoey często ma głupie pomysły. Nie wierzę, że udało jej się Ciebie do tego wciągnąć...
-To był mój pomysł Natt. - powiedział zniecierpliwiony.
-Co?! Czemu chciałeś tu ze mną zostać? Przecież od tego są pielęgniarki.
-Eh. Sam nie wiem... - zawahał się, ale zachęciłam go serdecznym uśmiechem, postanowił jednak obrócić to wszystko w żart: - No wiesz, jeszcze nigdy nie przejechałem żadnej laski, martwiłem się o Ciebie. - było w tej wypowiedzi trochę szczerości. Niby żart, a jednak... Zamyśliłam się i nawet nie zapytałam czy Zoey wysoko skakała, ze szczęścia jak ich zobaczyła, pewnie cieszyła się, że mnie przejechał. Zaśmiałam się. A co do "żartu" Zayna to miałam tylko jedno pytanie: Dlaczego? To nie dawało mi spokoju... To bez sensu. Zignoruję to. To naprawdę bez sensu. 

                                                                                                                                                                                     
Jest trochę krótszy :) Komentujcie, proszę. :) Czyta to ktoś wgl? :(  Zostawcie po sobie jakiś ślad...

środa, 22 maja 2013

ROZDZIAŁ 1


Najpierw w mojej głowie czułam, widziałam pustkę. Następnie tylko ból. Ból głowy potem ból nad biodrami... Chciałam się ruszyć, ale kompletnie zapomniałam, jak mam użyć swoich kończyn. Po kilku próbach udało mi się jedynie otworzyć oczy. Biel ściany, na którą patrzyłam raził mnie w oczy. Zmrużyłam je i rozejrzałam się dookoła, okazało się, że leżę w łóżku szpitalnym. Obok stała niska biała poobdzierana szafka, typowa szpitalna szafka z trzema szufladkami, na samej górze stała butelka wody mineralnej. Na sali leżałam chyba sama. Nie była duża. Obok mojego stało tylko jedno łóżko, nie było raczej przez nikogo zajęte, nie widziałam czy karta pacjenta jest wypełniona, ale łóżko było schludnie zaścielone. Spojrzałam w drugą stronę i od razu zaczęłam mrużyć oczy, było tam bowiem wielkie okno, a na zewnątrz świeciło słońce. Musiało być południe... nawet nie wiem czemu, ale uśmiechnęłam się co wywołało zawrót głowy i kolejną falę bólu. Wtedy przypomniało mi się co stało się wczoraj, wczoraj...? Hmm... ciekawe ile tu leżę. Oh! Co z tym chłopakiem...? Pewnie zadzwonił po karetkę i uciekł idiota! Ale dobrze, że przynajmniej pogotowie powiadomił... a może nie powiadomił?! Może zostawił mnie na drodze, a ktoś mnie znalazł i zawiózł mnie tu... Aah! Za dużo myśli... Jęknęłam. Wsparłam się na łokciach i posunęłam na oparcie łóżka, z zamkniętymi z bólu oczami... złapałam dłońmi głowę. Wtedy usłyszałam ten głos, po którym ciarki przeszły moje ciało, a ból głowy na chwile gdzieś zniknął:
-Bardzo boli? Może chcesz jakieś tabletki? Wodę? - Odwróciłam głowę w stronę, z której dobiegał głos. I wtedy go zobaczyłam, tego chłopaka, który wczoraj mnie uratował... Uśmiechnęłam się, ale zaraz przypomniałam sobie, że to przecież on mnie potrącił! Że gdyby nie on, nikt nie musiałby mnie ratować...!!
-Tak! Boli mnie głowa! Kurwa mać, jak mogłoby mnie nie boleć?! Potrąciłeś mnie! - próbował mi przerwać, ale ja nie dałam mu dojść do słowa, bo kontynuowałam - Boli mnie głowa i brzuch! To znaczy plecy...! Ah! Sama nie wiem! Wszystko mnie boli! A tak wgl czemu tu jeszcze jesteś?! Co Ty tu wgl kurwa robisz?? - teraz już skończyłam i słuchałam co on ma do powiedzenia. Byłam nieźle wkurwiona.
-Przepraszam... Nie chciałem... - powiedział widocznie smutny i widać było, że żałuje, ale ja nie dałam tak po prostu za wygraną.
-Nie chciałeś?! I tak po prostu jechałeś z taką prędkością?? Ja pierdolee...
-No mówię, że mi przykro! Byłem wkurwiony! Przepraszam... Naprawdę nie chciałem. - już na mnie nie patrzył, wzrok utkwił w swoich złączonych na kolanach rękach. Siedział na moim łóżku. Dopiero teraz to zauważyłam.
-Tak tak! Oczywiście...! Ciekawe co mogło Cię tak wkurwić żebyś przejeżdżał bezbronne laski na drodze! - Krzyknęłam rozzłoszczona, ale nie tak bardzo zła, żeby jechać gdzieś teraz i rozjeżdżać napotkanych ludzi! Noo... może poza jednym, którego i tak bym nie przejechała, bo do szpitala autem nie wjadę, a on siedzi akurat na moim łóżku obok mnie.
-Pokłóciłem się... z dziewczyną. To znaczy nie pokłóciłem. Ja z nią zerwałem...
-No suuuper! Nie dość, że to Ty z nią zerwałeś, więc to Twoja wina to jeszcze leżę tu przez tak błahą sprawę! No nie! Bo z jakąś dziwką sobie zerwałeś!
-Ojj, tak... żebyś wiedziała... z dziwką... - najpierw nie wiedziałam o co mu chodzi, a później ścisnęło mi się serce. Żal mi się zrobiło chłopaka i przykro, że tak na niego nakrzyczałam.
-Oh! - wyrwało mi się. Spojrzałam na niego, a on patrzył na mnie smutnymi oczami. Serce zacisnęło mi się jeszcze bardziej. Widziałam w jego źrenicach ból, smutek, zawiedzenie i coś jeszcze, czego nie mogłam zidentyfikować, więc to zignorowałam. - Bardzo mi przykro... - Patrzałam na niego ze współczuciem. - znam to uczu... - wyrwało mi się. Szybko złapałam się za usta. Och! Nie chciałam o tym mówić.
-Rozumiem, rozumiem... nie chcesz o tym gadać. Kiedyś i tak mi opowiesz. - Powiedział i uśmiechnął się łobuzersko. Trochę się chyba rozchmurzył. Zaśmiałam się, ale zdziwiłam się, że powiedział "kiedyś mi powiesz". Kiedyś? Powiem? Nie chciałam teraz o tym gadać ani myśleć, kłócić się, wspominać...
-Dobra, dobraaa... - podparłam się na rękach i chciałam sięgnąć po moją kartę pacjenta, chłopak najpierw patrzył na mnie dziwnie, a potem podśmiewał się pod nosem z moich zmagań.
-I czego się cieszysz?! Pomógł byś mi! - powiedziałam lekko zirytowana. On tylko się śmiał i kręcił przecząco głową.
-Dobrze, że nie możesz jej sięgnąć, bo byś mnie jeszcze zabiła po tym, co Ci zrobiłem. - powiedział nagle z poważną, a zarazem smutną miną.
-Oh! I tak Cię zabiję, więc co Ci zależy? - Powiedziałam z anielskim uśmieszkiem.
-Mhm, mhm... Umiem się bronić. - zaśmiał się, ale był trochę zmieszany.
-Okeey! Dobra! Nic Ci nie zrobię. Pasuje? - zapytałam ze zniecierpliwieniem.
-Na pewno? - zaczynał działać mi na nerwy.
-Tak! Na pewno! Co by mi to teraz dało?! - krzyczałam. Nadal próbowałam jej dosięgnąć sama. Nie wiedziałam czemu nie mogę jej dosięgnąć. Moj umysł pracował jeszcze na zwolnionych obrotach. I wtedy dopiero zwróciłam uwagę na coś co wisiało przypięte na jakichś linkach (...?) od sufitu. Sunęłam wzrokiem w dół po tym białym czymś. Dość grube... Hmm... Dosięgało do mojego łóżka. O nie! To moja noga! To dlatego nie mogę dosięgnąć karty! Mam nogę w gipsie! Zdziwienie ustąpiło wielkiemu smutkowi. On chyba to zauważył. Zauważył też chyba, że dopiero teraz dowiedziałam się o nodze.
-Ehh... - westchnęło mi się.
-Przykro mi... Przepraszam... - Mówił ze smutkiem, miał wręcz załamany głos. Oparłam głowę o ścianę, zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. To zawsze pomaga. Uspokoiłam się, a gdy znowu otworzyłam oczy spojrzałam na chłopaka i uśmiechnęłam się. Patrzał na mnie zmartwiony.
-Ale masz minę! Jak byś to Ty miał złamaną nogę! Jakoś to przeżyję. - zaśmiałam się. - A teraz podaj mi moją kartę. Chcę się dowiedzieć co jeszcze mi zrobiłeś.
-Niee... Tak dobrze Ci szło to sięganie jej. Nawet nie wiesz jak to zabawnie wyglądało! Tak dobrze się bawiłem! - zakpił.
-Ale ja nie! Baardzo śmieszne! Super po prostu! - powiedziałam z drwiną. Uch. Nadal próbuję jej dosięgnąć, a on się bezczelnie śmieje. Schylam się jeszcze raz. Tym razem o kawałek dalej. Ach! Łapię się szybko prawą ręką za brzuch, a lewą podpieram o brzeg łóżka. Głowę zwiesiłam w dół tak, że poczułam jak włosy opadają i zakrywają mi twarz. Boli!
-Ała! Kurwa mać! Coś mi przeskoczyło! Ja pierdole! Co za ból! - krzyknęłam. Nim się spostrzegłam on już trzymał mnie za biodra i sadowił wygodnie w poduszce opierając plecami o ścianę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Miał zatroskane spojrzenie. Pochylił się w moją stronę i poprawił mi poduszkę za mną. Poczułam zapach jego perfum. Odsunął się kawałek tak, że teraz mógł spojrzeć mi w oczy. I zrobił to, a ja patrzałam w jego. Nadal był blisko. Jego twarz była zdecydowanie za blisko, ale jakoś nie chciałam tego zmieniać. Nie wiem co wyrażały jego źrenice... Nie umiałam tego rozpoznać. Nikt nigdy tak na mnie nie patrzył. Jego twarz zbliżała się do mojej... i wtedy odwróciłam lekko twarz. Zatrzymał się zaraz przed moim policzkiem. Czułam każdy jego gorący oddech. Przez chwilę nic nie robił, ani się nie odsuwał, ani się nie przybliżał, stał w miejscu. Odkąd zerwałam z ostatnim chłopakiem obiecałam sobie, że nigdy się nie zakocham, że nigdy nie będę miała chłopaka... ja go kochałam, a on.. wykorzystywał mnie...! Szybko wróciłam do sali szpitalnej ze swoich przemyśleń. Spojrzałam na chłopaka, który nadal trzymał ręce na poduszce za moimi plecami, z czego wynika, że nadal był blisko, ale już nie czułam jego oddechu na swojej skórze. Jeszcze przez chwilę patrzał na mnie smutnymi oczami i odsunął się. Ja nadal trzymałam się za brzuch. Chcąc rozładować atmosferę zaczęłam:
-Podasz mi w końcu tą kartę? - Uśmiechnęłam się. Chłopak tym razem od razu się zgodził, a jeszcze przed chwilą patrzał na mnie ze strachem. Pewnie się bał, że dostanie z liścia. Przecież on się do mnie przystawiał! Sama nie wiem dlaczego go nie uderzyłam... Gdyby to był ktoś inny na pewno byłby już spoliczkowany... eh. Niee... Nie gdyby był to ktoś inny, tylko gdybym była w pełci sprawna... Wolę to usprawiedliwiać tak.
-Albo jednak nie podam Ci karty... - zaśmiał się i wyciągnął język widząc moją groźną minę, która najprawdopodobniej mi się nie udała. Widać było po nim, że był jednak trochę spięty.
-To znów mam próbować dosięgnąć jej sama? - uniosłam jedną brew.
-Nie! - odpowiedział zdecydowanie zbyt szybko. - To znaczy... lepiej Ci ją podam. - dodał zakłopotany, a ja dziwnie na niego spojrzałam, ale on już nie patrzył na mnie tylko sięgał po kartę pacjenta. Moją kartę pacjenta. Podał mi ją trochę i nie jestem w stu procentach pewna, ale chyba zatrzęsła mu się ręka. Zbliżył kartę w moją stronę, złapałam ją dłonią i pociągnęłam, ale on nadal trzymał ją w uścisku. Znów podniosłam jedną brew i spojrzałam mu w oczy.
-Przepraszam... - szepnął i puścił kartę. Spojrzałam na nią i dowiedziałam się, że mam złamaną nogę w trzech miejscach...
-Aż trzech?! - jęknęłam. Nic nie odpowiedział tylko wpatrywał się we mnie badawczo. Zawiesiłam wzrok na ścianie przed sobą, chociaż nic szczególnego na niej nie było. Tylko biała farba... 
To się szybko nie zrośnie... Mam nadzieję, że nie będę musiała zrezygnować z jazdy konnej... Przeniosłam wzrok z powrotem na kartę spoglądając przy okazji na nogę. Czytałam dalej... połamane żebra... lekki wstrząs mózgu...! Otworzyłam szerzej oczy i przeczytałam jeszcze raz "wstrząs mózgu". Spojrzałam na chłopaka. On nadal siedział cicho i patrzał na mnie wzrokiem zbitego psiaka co trochę poprawiło mi humor. Nie żebym lubiła widzieć zbite pieski, o co to, to nie...! Ale on wyglądał tak przesłooodko.! Oddałam mu kartę.
-Kiedy stąd wyjdę? Jutro muszę iść do pracy, bo mnie wyrzucą. Jeden dzień powinni zrozumieć... - wtedy jego oczy zrobiły się jeszcze bardziej smutne.
-Nie jeden dzień... jutro jest sobota...
-Co proszę?! Leżę tutaj... 5 dni?! Co z moją pracą?! O matko! A tata? Na pewno się martwi! W sumie to nie... on nie martwi się o mnie odkąd skończyłam 5 lat... - powiedziałam, byłam tak roztrzęsiona i zdenerwowana, że nie wiedziałam co mówię.
 Och! Naprawdę mu o tym powiedziałam?! Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam, nikomu się nie zwierzałam... zawsze miałam jakieś opory... a jemu? Znam go zaledwie 1 dzień... noo... albo 5... tracę rachubę czasu. Powiedziałam mu pewnie przez ten szok... tak, byłam w szoku... to dlatego.
-Jak to się Tobą nie interesuje?! To musi być straszne! - zaczął od tego tematu... ale dlaczego? No tak... bo był najciekawszy.
-Nie ważne. Nie powinnam była Ci tego mówić... tak jakoś mi się wymsknęło... To nie jest teraz ważne. - przenosząc wzrok na ręce i zaplatając je na brzuchu.
-To jest ważne! Ale okey, toleruję to, że nie chcesz o tym gadać, ale kiedyś i tak mi powiesz... - 
znów to "kiedyś" i powiedział, że to "toleruje", czy to nie jest trochę chamskie...? - A co do Twojej pracy to załatwiłem Ci wolny miesiąc...
-Jak? Skąd wiesz gdzie pracuję?
-Miałaś przy sobie komórkę. Zadzwoniliśmy pod numer "tata", on nam powiedział, że nie wie i żebyśmy zadzwonili do Zoey, przyjaźnisz się z nią, prawda? Nawiasem mówiąc zdziwiłem się, że Twój tata nie wie gdzie pracujesz, teraz już wiem dlaczego. Mówisz, że się Tobą nie interesuje... Nie wiem jeszcze dlaczego...
-I się nie dowiesz. - przerwałam mu szybko. Skarcił mnie wzrokiem na co cicho prychnęłam.
-No więc Zoey powiedziała nam gdzie pracujesz, no i masz. - kontynuował. - Załatwione. Caaalutki miesiąc wolnego. - skończył z uśmiechem.
-Aż miesiąc?! Widzisz? Ojciec się mną nie interesuje... jak już mówiłam. Nawet nie wie gdzie pracuję. Ale chwila... mówisz, że Zoey powiedziała WAM gdzie pracuję - powiedziałam akcentując słowo "WAM" - Jakim WAM ? - zapytałam zdenerwowana.



                                                                                                                                                                      
Chyba wyszedł dość długi... Komentujcie, komentujcie, komentujcie...    Następny bd krótszy. :D

PROLOG


Szłam szarą, oświetloną co jakiś czas, dającymi blade światło lampami ulicą. Robiło się coraz zimniej, trochę się bałam, ale odkąd skończyłam 5 lat boję się ciemności, nie będę opowiadać dlaczego, a przynajmniej nie teraz... może kiedyś indziej. I wtedy zobaczyłam, chociaż nie... najpierw usłyszałam piski opon, potem zobaczyłam światła... wiedziałam, że muszę uciekać, że muszę się odsunąć, zejść z tego cholernego środka drogi, ale nie umiałam... to był szok. Nogi wrosły mi w ziemię. Wszystko działo się tak szybko... 
Potem był już tylko ból. Tak... to pamiętam najlepiej. Ten przeraźliwy ból, którego nie życzyłabym nawet najgorszemu wrogowi... no może życzyłabym go tylko jednej osobie na tym bezsensownym świecie.        Czułam się tak jakby moja czaszka popękała na miliony kawałków. Zaraz po uderzeniu poczułam jak moje nogi odrywają się od szosy. Poczułam za plecami zimny wiatr i opadłam. No i jakby nie było, kolejna fala bólu. Tym razem na plecach. Chyba słyszałam jakiś szum... albo to w mojej głowie szumiało...? Wilgoć wokół bioder. Ból głowy nie dawał mi pomyśleć. Siedziałam w jakimś zagłębieniu. Gdy tak zajmowałam się myślami o sobie całkiem zapomniałam o człowieku, który mi to zrobił. Byłam ciekawa czy jestem tu sama...?? I wtedy zobaczyłam światła zawracającego auta. Przyglądałam się tym manewrom. Podjechało bliżej i zatrzymało się. Ktoś wysiadł. Był to chyba mężczyzna... obraz miałam zamazany. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie. Odwróciłam od niego wzrok, myślałam, że tylko na chwilkę, ale gdy znowu go tam skierowałam jego już nie było. Na początku pomyślałam, że uciekł
dupek ! Ale zorientowałam się, że jego auto nadal tu jest. I wtedy zobaczyłam jego twarz przed moją. Pochylił się nade mną i przyglądał się mi, a ja jemu. Miał ładne, głębokie brązowe oczy, był młody, może trochę starszy ode mnie. Ciemna karnacja, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo było ciemno, a w głowie coraz bardziej mi się kręciło... Powieki robiły się coraz cięższe. 
-Nic Ci nie jest? - usłyszałam. Otworzyłam szerzej oczy. Chciałam wykrzyczeć mu w twarz: 
Jak to nic mi nie jest?! Wgl jak śmiesz o to pytać?! Wszystko mnie boli! Głowa mi pęka!! A Ty się jeszcze pytasz czy nic mi nie jest? Ale nie umiałam otworzyć ust. Wargi były niesamowicie ciężkie. Nic nie powiedziałam. Podnosiłam tylko co chwile, ale już coraz rzadziej bardzo ciężkie powieki. Chciałam mu się lepiej przyjrzeć na wypadek gdyby chciał mnie tu zostawić i uciec, a ja mogłabym spokojnie podać jego rysopis. Miał ciemne włosy... i więcej nie zobaczyłam, bo gdy po raz kolejny zacisnęłam powieki już nie mogłam ich otworzyć... głowa nadal bolała i także zrobiła się niespotykanie ciężka. Jej też nie miałam siły utrzymywać... nie chciałam jej już utrzymywać. Opadła...
-Cholera! Nie! - znów usłyszałam jego głos i nagle oderwałam się od ziemi, ten chłopak mnie podnosił... Nie ważyłam za dużo, ale dla niego podniesienie mnie nie było chyba ciężkie, bo zrobił to dość płynnie. Złapał mnie jedną ręką pod żebrami. Zabolało! Bardzo bolało! Nie wiem jak, bo nie kontrolowałam tego, ale usłyszałam swój jęk. Przeraźliwy jęk bólu... wtedy nic się nie odzywając przeniósł rękę pod moją głowę, która bezwładnie na nią opadła. Jęknęłam, ale ciszej i już raczej z ulga...     Zrobił krok i usłyszałam plusk wody.
-Kurwa mać! Woda! - Krzyknął z irytacją. Wtedy uświadomiłam sobie, że musiałam leżeć w rowie... zakręciło mi się w głowie. Ostatni raz udało mi się otworzyć oczy. Uchwyciłam jego zatroskane spojrzenie, szybko odwrócił głowę. Miał zaciśniętą szczękę. Chyba był zły. Nie wiem, ale nie dziwię mu się! Sama jestem zła na siebie, że się kurwa nie odsunęłam!... Oczy zamknęły mi się i odpłynęłam w niebyt... więcej już nie pamiętam... zemdlałam... albo umarłam... 
Jak dla mnie mogłabym już nie żyć -pomyślałam jeszcze...


                                                                                                                                                                     


No to prolog jest :)   Podoba Wam się? Piszcie komentarze, proszę. :P    Niezbyt dobrze przyjmuję krytykę, ale jakoś dam sobie z nią chyba radę. xD